Preview only show first 10 pages with watermark. For full document please download

Ii Wojna światowa We Wspomnieniach Mieszkańców Gminy Dalików

   EMBED


Share

Transcript

II WOJNA WE WIATOWA WSPOMNIENIACH M GMINY DALIKÓW Dalików 2009 Copyright: Gmina Dalików & Gminna Biblioteka Publiczna w Dalikowie Foto: Gminna Biblioteka Publiczna w Dalikowie Projekt okładki: Obraz Aleksego Matczaka pt. „Postój polskiej kawalerii w Idzikowicach w 1939 roku” Skład i druk: Drukarnia „INTROGRAF”, Łask ul. Południowa 2, tel./fax (043) 675 51 63, e-mail: [email protected] Publikacja powstała z inicjatywy Wójta Gminy Dalików – Pawła Szymczaka, dzięki wspomnieniom świadków zamieszkałych na terenie Gminy Dalików, które są dokumentem tamtych dni i zaangażowaniu autorów: Ewy Bugajnej, Serafiny Domańskiej, Ilony Grabskiej oraz przy współpracy Gminnej Biblioteki Publicznej w Dalikowie. Publikacja została sfinansowana przez Gminę Dalików. -5- -6- Przedmowa W roku bieżącym przypada 70 – ta rocznica wybuchu II wojny światowej. Daje to okazję do wspomnień o tych tragicznych i bolesnych wydarzeniach dla Narodu Polskiego. Wojna ta odcisnęła swoje piętno prawie na każdej polskiej rodzinie. Ogrom ofiar i cierpień ludzi oraz ogrom zniszczeń wymagają ciągłego przypominania o tych wydarzeniach. 70 lat to długi okres. Coraz mniej jest osób, które ostatnią wojnę przeżyły i niewielu zostało tych, którzy w obronie ojczyzny walczyli. Upływający czas zaciera wspomnienia i coraz mniej się o tym mówi. Szczególnie dla młodego pokolenia jest to odległa historia i problemy dnia codziennego spychają tę tematykę na daleki plan. Uważam, że okrągła rocznica zobowiązuje nie tylko do przypomnienia o II wojnie światowej i uhonorowania bohaterstwa obrońców ojczyzny, ale też pokazania okrucieństwa i bestialstwa najeźdźców. Wyszedłem więc z inicjatywą zorganizowania obchodów rocznicy wybuchu wojny na terenie Gminy Dalików. Niezbędne stało się stworzenie publikacji ujmującej wydarzenia, jakie rozegrały się na naszym terenie oraz wspomnienia i przeżycia niektórych mieszkańców. Jest to pierwsza tego typu publikacja i konieczne będzie opracowanie kolejnej, dotyczącej życia ludzi w czasie okupacji, w tym losów licznej grupy nauczycieli. Wójt Gminy Dalików Paweł Szymczak -7- Drodzy Czytelnicy Do Waszych rąk kierujemy publikację zawierającą wspomnienia wydarzeń, które miały miejsce 70 lat temu w wyniku napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 1939 roku. Ludzie, którzy zechcieli z nami rozmawiać, musieli przełamywać bariery psychiczne, aby powrócić pamięcią do tamtych smutnych czasów. Mieszkańcy naszej gminy bardzo ucierpieli w czasie wojny. Niektórzy z nich brali bezpośredni udział w walce, inni byli wywiezieni na roboty do Niemiec. Wielu straciło życie. W trzecim rozdziale zamieściliśmy przeżycia czterech kombatantów, którzy nie raz otarli się o śmierć. Ciekawy materiał wspomnieniowy posiadał Adam Kmieciński ze Zdrzychowa, który przeszedł cały szlak bojowy od Lenino do Berlina. Niestety, nie udało się spisać jego przeżyć. Kolejny rozdział zawiera relacje mieszkańców gminy Dalików. W swych wspomnieniach poświęcają oni wiele miejsca warunkom, w jakich przyszło im wówczas żyć. Tragiczny los dwóch księży: ks. Józefa Góreckiego z parafii Domaniew i ks. Stefana Janiaka z parafii Dalików jest opisany w rozdziale piątym. Obaj księża zginęli w obozie koncentracyjnym w Dachau w 1942 r. na terenie hitlerowskich Niemiec. Wyżej wymienionym księżom społeczeństwo gminy Dalików ufundowało tablice upamiętniające ich kapłańską posługę aż do męczeńskiej śmierci w obozie zagłady. Tablice zostały odsłonięte w 70-tą rocznicę wybuchu II wojny światowej w kościołach parafialnych w Dalikowie i Domaniewie. -8- Na terenie gminy Dalików znajdowało się lotnisko polowe w miejscowości Dzierżanów, któremu poświęcony jest osobny rozdział. Ze względów redakcyjnych niektóre wspomnienia zostały skrócone, za co przepraszamy ich autorów, ale dokonujący wyboru wspomnień starali się dobierać materiały do prezentowanej publikacji w ten sposób, aby była ona lekturą budzącą powszechne zainteresowanie. Staraliśmy się, aby praca niosła walory wychowawcze i patriotyczne. -9- Autorzy publikacji dziękują za udzielenie wywiadów i udostępnienie pamiątek świadkom historii: Teresa Adamska z Dalikowa Tadeusz Adamski z Dalikowa Józefa Dębska z Domaniewa Władysław Jaskulski z Dąbrówki Górnej Czesława Janiak (Kurczewska) z Kucin Daniela Kędzia z Idzikowic Kazimierz Kopczyński z Gajówki Zenon Kurczewski z Kucin Ryszard Kuźniak z Domaniewka śp. Zygmunt Kuźniak z Domaniewka Adam Lefik z Wilczycy Irena Michalska z Dalikowa Teresa Michalska ze Zdrzychowa Stanisław Mikołajczyk z Dalikowa Franciszek Pisera z Domaniewka Adamina Prośniak z Domaniewa Henryk Struś ze Stefanowa Natalia Struś ze Stefanowa Czesław Szabela z Dalikowa Teresa Szabela z Dalikowa Adam Szczerbicki z Idzikowic Władysław Sylwestrzak z Krzemieniewa ks. Stanisław Matuszewski z parafii Domaniew ks. kan. Stanisław Wojtyra z parafii Dalików - 10 - Wspomnienia uczestników - 11 - Kazimierz Kopczyński urodzony 25 lutego 1911 r. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r. Od kwietnia 1940 r. do kwietnia 1945 r. wywieziony na roboty do Prus Wschodnich. Miejscowość Tylża niedaleko Kłajpedy. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Kazimierz Kopczyński miał 28 lat. Mieszkał z żoną, która spodziewała się jego pierworodnego syna, w Złotnikach. Dzierżawił mieszkanie od pana Olejniczaka z Panaszewa. Dopiero po zakończeniu wojny przydzielono mu gospodarkę poniemiecką i odtąd mieszka w Gajówce. Po raz pierwszy do wojska został powołany w 1934 r. Dobrze wspomina tamten okres. Tydzień przed wybuchem wojny został zmobilizowany po raz drugi. Dnia 26 sierpnia 1939 r. stawił się w 10 Pułku Piechoty w Łodzi. Był szeregowcem. Pracował przy koniach. Jego oddział został wysłany na południe, 40 km od granicy niemiecko-polskiej. Był okrążony, zaatakowany koło Częstochowy. Następnie udał się do Łowicza. Z Łowicza przemieścił się pod Warszawę. Tam został postrzelony koń pana Kopczyńskiego. On sam był lekko ranny. W okolicach Lublina nasz bohater dostał się do niewoli. Został zabrany do obozu przy ruskiej granicy, gdzie przebywał około dwóch tygodni. Razem z nim więziono wielu Polaków. Panował głód, tylko czasem jakieś starsze osoby dostarczały chleba. Kazimierza Kopczyńskiego więziono w szopie. U góry był założony prąd. Szopa była wielka i długa. Spano na workach. - 12 - Po dwóch tygodniach więźniowie podjęli udaną próbę ucieczki. Niemiec, który ich pilnował, usnął i uciekli. Pan Kazimierz chował się w kapuście. Później ukrywał się w majątku. Dziedziczka przynosiła mu jedzenie. Następnie ukrył go kapitan. Potem musiał się przeprawić przez Wisłę, choć nie umiał pływać. Jechał jeszcze pół dnia, żeby się dostać do Warszawy. Ale to już był koniec walk, bo stolica się poddała. Niestety, nasz bohater nie miał żadnych dokumentów, obawiał się pojmania w niewolę. W listopadzie 1939 r. został zabrany na roboty do Prus Wschodnich. Miejscowość Tylża, niedaleko od Kłajpedy. Pracował u bauera (gospodarza) przez pięć lat. Rozmawiano tam po litewsku i po niemiecku. Pan Kazimierz dobrze wspomina żonę bauera, która uratowała mu życie, kiedy został posądzony o udział w partyzantce. Pan Kopczyński ze wzruszeniem wraca pamięcią do losu 18-letniego chłopca spod Ciechanowa, który szanował go jak ojca. Razem pracowali w gospodarstwie: jeden oporządzał krowy, drugi konie. Ów młodzieniec nie przeżył posądzenia o walkę w partyzantce. Został zamordowany przez żandarmów. Pan Kazimierz długo starał się o urlop, dopiero po trzech latach udało się mu po raz pierwszy zobaczyć na oczy syna. Nie wspomina dobrze pobytu u bauera, który surowo traktował pracowników i mało im płacił. W kwietniu 1945 r., kiedy zbliżał się front wschodni, pan Kopczyński udał się w długą drogę do domu. Przemieszczał się pociągiem, chłopską furmanką, a bywało, że szedł piechotą. Pamięta huk wielu armat. Z radością mieszał się wielki strach, że nie uda mu się dotrzeć do rodziny. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Ewa Bugajna - 13 - Kazimierz Kopczyński - 12 strona książeczki wojskowej Treść: Dnia 28 listopada 1937 r. odbył czterotygodniowe ćwiczenia rezerwy w 26 P.A.L. w 5 baterii jako jezdny. Kutno. Kazimierz Kopczyński - 7 strona książeczki wojskowej Przebieg służby wojskowej. Treść: Dnia 20 lutego 1934 r. wcielony do 26 P.A.L. i przydzielony do 2 baterii jako jezdny. Dnia 14 września 1935 r. zwolniony do rezerwy. Dnia 26 sierpnia 1939 r. zmobilizowany do 10 pułku piechoty. Brał udział w wojnie z Niemcami. Dnia 12 września 1939 r. wzięty do niewoli niemieckiej. Dnia 25 listopada 1939 r. zbiegł do domu. - 14 - Kazimierz Kopczyński - oświadczenie o pobycie pana Kopczyńskiego na przymusowych robotach w Prusach Wschodnich Treść: Kazimierz Kopczyński urodzony 25 lutego 1911 r. (…) Podczas wojny od 1 listopada 1939 r. byłem przymuszony przez Niemców do prac drogowych za skromne wynagrodzenie do 30 kwietnia 1940 r. Od 30 kwietnia 1940 r. zostałem przymuszony i wywieziony do Niemiec Wschodnich koło Otwy [Łotwy] w miejscowości Hlojpeda [Kłajpeda] i tam pracowałem na przymusowych robotach przez 5 lat u bauora Johena Lukata w gospodarstwie. Pod koniec kwietnia około 29 [1945 r.] wróciłem z Niemiec do Polski. - 15 - Kazimierz Kopczyński, druga strona oświadczenia o pobycie pana Kopczyńskiego na przymusowych robotach w Prusach Wschodnich Treść: Kazimierz Kopczyński (…) moje dokumenty uległy zniszczeniu na skutek działań wojennych. - 16 - Kazimierz Kopczyński - legitymacja nr 373-84-32 MW Medal za udział w wojnie obronnej 1939 - 17 - Oddałbym kilka majątków, by nie iść na wojnę… Zygmunt Kuźniak, mieszkaniec Domaniewka urodził się w grudniu 1913 r. W latach 1935-1937 odbywał zasadniczą służbę wojskową. We wrześniu 1939 roku brał udział w bitwie nad Bzurą. Wzięty do niewoli 9 września 1939 r. w czasie walk pod Łowiczem. Z obozu jenieckiego powrócił 8 października 1939 r. Zygmunt Kuźniak został powołany do wojska 12 marca 1935 roku. Wcielono go wówczas do 10 pułku piechoty. Przydzielono do 7 kompanii strzeleckiej na stanowisko strzelca. 20 sierpnia 1935 roku przeniesiony został do 7 baterii K.OP plutonu łączności jako monter linii telefonicznych. 12 marca 1937 roku został mianowany starszym strzelcem. W tym samym roku ukończył zasadniczą służbę wojskową i został przeniesiony do rezerwy. Zygmunt Kuźniak – książeczka wojskowa z 1949 r. - 18 - Po ogłoszeniu mobilizacji w 1939 roku pan Zygmunt powrócił do wojska. Udał się do Kutna, gdzie został wcielony do 37 pułku piechoty. Pułk jeszcze w sierpniu ruszył w kierunku zachodnim. Dotarł do Wągrowca i tam został ugrupowany. Pierwsze walki stoczył w rejonie Wielkopolski, a następnie skierował się na trasę: Uniejów – Łęczyca – Piątek – Łowicz – Skierniewice. W czasie marszu pan Kuźniak nie raz przeżywał chwile grozy. Któregoś razu podczas montażu linii telefonicznej zabrakło kabla. Pan Zygmunt pobiegł, by go przynieść, kiedy wrócił wszyscy jego koledzy nie żyli. Okazało się, że w międzyczasie Niemcy otworzyli ogień i pocisk trafił akurat w łącznościowców. Innym razem, na wieść o zbliżającym się ataku Niemców, żołnierze polscy okopywali się w pośpiechu. Pan Zygmunt okopał się między swoim dowódcą a innym żołnierzem. Nad ich głowami świstały kule. Nagle ujrzał ze swojej prawej strony martwe ciało przełożonego, a kilka sekund później, z lewej strony, kolegę z dziurą w głowie - a on przeżył - to było jak cud! W czasie natarcia pod Żyrardowem udało im się opanować nasyp kolejowy. Wróg, żeby zdobyć pozycje Polaków, musiał podejść pod górę. Nie było to proste. Kiedy nieprzyjaciel zbliżał się, nasi go ostrzeliwali. Zaskoczony agresor wówczas cofał się. Pan Kuźniak wspomina, że udało się wtedy nie tylko zastrzelić wielu Niemców, ale też wziąć jeńców. Niestety, w końcu żołnierze polscy natknęli się na silną obronę nieprzyjaciela. Zewsząd nadciągali Niemcy. By ratować życie, musieli uciekać, puszczając jeńców wolno. 9 września 1939 roku Zygmunt Kuźniak brał udział w walkach pod Łowiczem. Podczas ataku Polacy musieli przeprawić się przez Bzurę. Nie było to łatwe. Rzeka ta jest kręta i w wielu miejscach bardzo głęboka. Kiedy żołnierzom wydawało się, że już przeszli Bzurę, za kilkadziesiąt metrów okazywało się, iż trzeba na nowo przechodzić przez wartkie i niebezpieczne wody. - 19 - Jednego dnia przeprawiali się przez rzekę trzy razy. Niekiedy szli naprzód, a innym razem cofali się. Żołnierze opadali z sił, wielu utonęło. Niektórzy ginęli od kul wroga. Po każdej przeprawie przez Bzurę dochodziło do kolejnego starcia z hitlerowskim agresorem. Na szczęście nasz bohater przeżył, a nawet uratował życie innemu żołnierzowi. Pan Zygmunt opowiada: Uciekaliśmy przed nacierającymi Niemcami. Wszędzie słychać było strzały. Nagle ujrzałem przed sobą leżącego oficera. Człowiek jęczał z bólu. Wybuch pocisku urwał mu obie nogi. Niewiele myśląc wziąłem żołnierza na plecy i przeniosłem przez Bzurę, gdzie czekała pomoc. Nie wiem, kim był ów oficer. Nie wiem, czy przeżył. Nigdy go już później nie spotkałem. Legitymacja Z. Kuźniaka potwierdzająca przyznanie medalu za udział w wojnie obronnej 1939 roku - 20 - Medale przyznane Z. Kuźniakowi za udział w wojnie obronnej 1939 r. W czasie bitwy pod Łowiczem Zygmunt Kuźniak dostał się do niewoli niemieckiej. Wspomina, jak hitlerowcy wegnali jeńców polskich do bydlęcych wagonów. W jednym wagonie gniotło się ponad sto osób. Żołnierze mdleli z duchoty i pragnienia. Jeńców wywieziono pod niemiecką granicę i umieszczono za drutami kolczastymi. Nie dawano im jeść ani pić. Od czasu do czasu mieszkający w pobliżu Polacy pomagali żołnierzom. Przerzucali przez ogrodzenie żywność - najczęściej były to główki kapusty. To nie wystarczało. Głód doskwierał i trzeba było sobie radzić, by przeżyć. Pożywienie więc żołnierze zdobywali sami. Wyłapywali kręcące się w pobliżu psy. Psie mięso smakowało, bo pozwalało przetrwać - a to się liczyło przede wszystkim! W niewoli pan Zygmunt pozostał do 8 października 1939 roku. Potem wrócił do domu. - 21 - Pan Zygmunt o swoich przeżyciach opowiada ze łzami w oczach. Mówi, że oddałby kilka majątków, by nie być na wojnie, nie czuć ciągłego strachu o swoje życie, nie widzieć martwych ciał towarzyszy. Zygmunt Kuźniak zmarł w grudniu 2008 roku. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Ilona Grabska - 22 - Dokument nadający Zygmuntowi Kuźniakowi stopień podporucznika Wojska Polskiego. - 23 - Zygmunt Kuźniak – dyplom Zygmunt Kuźniak – legitymacja kombatanta - 24 - Zygmunt Kuźniak – dyplom uznania - 25 - Pamiętny wrzesień… Władysław Sylwestrzak urodził się w czerwcu 1916 r. Obecnie mieszka w Krzemieniewie. W momencie wybuchu II wojny światowej pełnił służbę wojskową. Podczas kampanii wrześniowej uczestniczył w walkach w rejonie Sieradza i pod Skierniewicami. Władysław Sylwestrzak został powołany do wojska 5 listopada 1938 roku. Stacjonował w Żółkwi, miasteczku położonym w obwodzie lwowskim. Dziś są to ziemie należące do Ukrainy. Wcielony do 6 pułku strzelców konnych przez siedem miesięcy należał do 2 szwadronu szkolnego jako ułan, a 30 stycznia przeniesiony został do plutonu łączności, gdzie pełnił funkcję telefonisty. W 1939 r. 6 Pułk Strzelców Konnych im. Hetmana Stanisława Żółkiewskiego wszedł w skład Kresowej Brygady Kawalerii w Armii Łódź. 27 sierpnia dowódca pułku, w którym służył nasz bohater, płk Stefan Mossor otrzymał rozkaz mobilizacji i wyjazdu do Polski centralnej. Po niecałym tygodniu podróży transportem kolejowym pułk dotarł do Poddębic, a stamtąd został przerzucony na północne skrzydło Armii Łódź w rejon Rossoszycy i Szadku. Po osiągnięciu pełnej gotowości bojowej, nocą z 4 na 5 września, obsadził wschodni brzeg Warty w rejonie Popowa. - 26 - Od wczesnych godzin rannych 5 września toczył zażarte walki z nacierającymi kolumnami piechoty zmotoryzowanej wroga, ponosząc ciężkie straty. Następnie przedarł się do Sieradza, skąd nastąpił odwrót na wieść o zbliżających się znacznych siłach niemieckich. Potem żołnierze skierowali się na Warszawę. Książeczka wojskowa W. Sylwestrzaka wydana 16 listopada 1949 roku przez RKU w Kutnie Pan Sylwestrzak wspomina, jak ponownie dotarli do Poddębic, a później udali się w kierunku Zgierza. W czasie tego marszu zatrzymali się w Bełdowie, by odpocząć. Udało się tam zdobyć pożywienie i najeść się do syta. Wcześniej często brakowało żywości i pewnie dlatego ten moment tak utkwił panu Władysławowi w pamięci. Po dotarciu do Zgierza żołnierze skierowali się na Kutno i dalej maszerowali na Łowicz oraz Skierniewice. W skierniewickich lasach doszło do starcia pułku z Niemcami. Pan Sylwestrzak opowiada, jak Niemcy bez przerwy - 27 - bombardowali. Wokół słychać było huk bomb, który zagłuszał głos pułkownika wydającego rozkazy: Chłopcy do przodu, do przodu; chłopcy do tyłu, do tyłu…. Rzeczywiście, w zależności od tego czy bomby spadały przed, czy za żołnierzami, pułk szedł naprzód lub cofał się. W starciu z artylerią ułani nie mieli większych szans. Kryli się przed spadającymi pociskami w lejach po bombach. Bombardowanie trwało całą noc. Dopiero nad ranem nieco ucichło. Wtedy żołnierze ruszyli dalej z zamiarem dotarcia do Warszawy. Jednak do stolicy nie zdołali się przedrzeć, ponieważ rankiem 10 września zostali ostrzelani i otoczeni w rejonie lasów pod Osuchowem. W czasie tej walki pana Władysława dosięgła kula. 11 września resztki pułku, na skutek wyczerpania amunicji, zmuszone zostały do kapitulacji. Pułkownik Mossor wydał rozkaz poddania się. Teraz Niemcy ustawili żołnierzy polskich w czterech szeregach na linii kwadratu i stanęli za nimi z karabinami gotowymi do strzału. Ułani złożyli broń. Pan Władysław nie chcąc, by radiostacja dostała się w ręce wroga, zamaszystym kopnięciem zniszczył sprzęt. Nie zauważył stojącego obok Niemca, który na widok potłuczonego radia ostro zareagował - trzykrotnie uderzył kolbą pistoletu w głowę naszego bohatera. Panu Władysławowi pociemniało w oczach. Poczuł spływającą po twarzy krew. Nie dość, że dokuczała mu rana postrzałowa, to jeszcze głowa pulsowała z bólu. - 28 - Władysław Sylwestrzak - legitymacja inwalidy wojennego Rannych Polaków pozostawiono, zaś zdrowych zabrano i umieszczono w pobliskim kościele. W tej sytuacji pan Sylwestrzak ruszył w drogę powrotną do domu. Trudno mu było wędrować. Po przebyciu kilkuset metrów przysiadł pod kapliczką, by odpocząć. Z niepokojem obserwował zbliżających się na motorach Niemców. Ci jedynie poinformowali go, że wkrótce przybędzie Czerwony Krzyż, aby go opatrzyć. Zapowiedziana pomoc jednak nie nadchodziła i trzeba było radzić sobie samemu. Niedługo udało mu się znaleźć porzucony wóz z koniem. Tym wozem właśnie dotarł do Piątku. Tu Niemcy zarekwirowali wóz, a pana Władysława zapędzili do kościoła. Wnętrze kościoła było wypełnione żołnierzami, z twarzy których można było jedynie wyczytać strach i cierpienie. Załamani i upokorzeni siedzieli nieruchomo wpatrzeni w jeden punkt. Poukładani na głównym ołtarzu ranni pojękiwali z bólu. Nie było czym oddychać. Wokół roznosiła się woń psujących się ran - 29 - i ludzkich odchodów. Żołnierze nie mieli bowiem możliwości korzystania z toalety. Jedzenie przynoszono we wiadrach. Starczało go tylko dla tych siedzących bliżej wyjścia. Reszta głodowała. W takich nieludzkich warunkach pan Sylwestrzak spędził kilka dni. Potem wyprowadzono rannych przed kościół i przepędzono na rynek, gdzie miały czekać ciężarówki. Samochody przyjechały dopiero po dwóch godzinach. Niemcy umieścili w nich rannych, których przewieziono do szpitala niemieckiego w Piotrkowie Trybunalskim. - 30 - Dokument potwierdzający udział Władysława Sylwestrzaka w kampanii wrześniowej - 31 - Szpital był przepełniony. Nasz bohater pierwszą noc spędził na podwórzu. Dopiero na drugi dzień ktoś się nim zainteresował, kazał lekarzowi go opatrzyć i zaprowadził na łóżko stojące na korytarzu. W szpitalu pan Władysław spędził 2 miesiące. W listopadzie 1939 roku wrócił do domu. Kolejne lata wojny nie były dla pana Sylwestrzaka łatwe. Jego rodzina została wysiedlona z rodzinnego gospodarstwa. Sam pan Władysław musiał służyć u Niemca. Na szczęście wojnę przeżył i dziś z dumą opowiada o uczestnictwie w kampanii wrześniowej, za które otrzymał wiele odznaczeń. Władysław Sylwestrzak Na podstawie wspomnień świadka opracowała Ilona Grabska - 32 - Medale przyznane W. Sylwestrzakowi za udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. Legitymacja W. Sylwestrzaka potwierdzająca przyznanie odznaczenia państwowego za udział w wojnie obronnej 1939 r. - 33 - Czesław Szabela urodzony 20 lutego 1916 r. w Krzemieniewie. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r. Zmobilizowany do 37 Pułku Piechoty w Kutnie. Czterokrotnie uciekał z łapanek. Uwięziony na Radogoszczy w Łodzi, następnie przewieziony na Sikawę (wieś koło Łodzi). Kiedy wybuchła II wojna światowa, Czesław Szabela miał 24 lata. Został powołany do wojska w marcu 1939 r. Zmobilizowany do 37 Pułku Piechoty w Kutnie. Wspomina, że początkowo zajmował się rezerwistami, którym zapewniał nocleg. Czesław Szabela brał udział w obronie Warszawy. Podczas drogi jego oddział został zaatakowany przez czołgi niemieckie. Żołnierze schowali się w wąwozie, gdzie byli ostrzeliwani. Dowódca podjął decyzję o poddaniu się. Pan Szabela pamięta, że nie wszyscy chcieli oddać broń Niemcom i zakopali ją w parowie. W okolicach stolicy jeńcy zostali odbici przez wojsko polskie. We wspomnieniach naszego bohatera wygląda to tak: Niemieckie czołgi stały koło cmentarza. Polacy zaszli ich od tyłu. Każdy czołg miał taką szybkę, przez którą mógł obserwować i każdy strzelec sobie upatrzył takie okienko i bach bach bach… powystrzelali ich. Jeden tylko Niemiec nie chciał wyjść. Za czuprynę go wywlekli i uwiązali u czołga, ale nie zabili go. - 34 - W Warszawie pan Czesław dostał broń i żywność. Stanowiska mieliśmy w kamienicach. Na każdą noc wracaliśmy. Dwieście metrów od budynków toczyły się walki. Niemcy podchodzili, wiedzieli, że tam jesteśmy. Mieli takie petardy, bomby z góry. Rozpryskowe. Pękały w górze, ale hełmy były. Niedługo się broniliśmy. Później Warszawa się poddała i przyszedł rozkaz, żeby złożyć broń . I kolejno każdy kładł tę broń, jaką tam miał. Zszeregowali nas w czwórki. Dużo nas było. I do Żyrardowa na pieszo. Tam byliśmy. Kilka dni. Już Niemcy rządzili nami. W Żyrardowie Polacy oczekiwali, jak potoczą się ich dalsze losy. Przyszedł rozkaz, że obrońcy Warszawy mogą udać się do domów. Do Łodzi zostały podstawione wagony, ale nikt nie powiadomił żołnierzy, co ich czeka. Zaryglowali nas w te wagony i myśleliśmy, że koniec z nami – opowiada pan Czesław. W Łodzi spotkała naszego bohatera niemiła przygoda. W tramwaju zaczepili go dwaj funkcjonariusze niemieccy, ponieważ miał na sobie polski mundur. Na szczęście pan Szabela miał przepustkę i dokumenty po polsku i po niemiecku. Został wypuszczony. Tramwajem przyjechał - 35 - do Aleksandrowa. Z Aleksandrowa na pieszo przyszedł do Krzemieniewa. W czasie wojny pracował w gospodarstwie u ojca. Niemcy często robili łapanki po wsiach, potrzebowali robotników do pracy w Niemczech. Mieli listę. Kogo zastali w domu, to go zabrali. I mnie zabrali - wraca pamięcią do tych chwil pan Szabela. Jak nas wieźli, to im uciekłem. Samochód nie jechał tak szybko, wyskoczyłem. To były takie samochody, jak dzisiaj bydło wożą, bez plandeki. Nikt mnie szczęśliwie nie zauważył. Inni też próbowali uciekać. Bronek Łuczak. Zauważyli go, kiedy skoczył w lesie poddębickim. Strzelali za nim. Mi się udało. Szła kobieta, która mnie zauważyła. I podskoczyła do mnie, wzięła mnie pod rękę. «Chodź, chodź, bo cię zobaczą.» Tyle powiedziała. Aż do wieczora ukrywał się Czesław Szabela u swojej dobrodziejki. W nocy wyruszył polnymi dróżkami do domu. Czterokrotnie szczęśliwie uciekał z łapanek. Następnym razem, kiedy został złapany, przyprowadzono go do punktu zbiorczego do kościoła. Wstawił się za nim jego brat, Janek, i jego pracodawca – piekarz, który był Niemcem. Przekupili oni, prawdopodobnie wódką, żandarmów i uratowali pana Czesława. Kolejna łapanka miała miejsce w nocy. Zobaczyłem, że po mnie idą, wyszedłem przez okienko. Skoczyłem z dachu obory. Cudem się nie połamałem. I uciekłem. Strzelali za mną, ale nie trafili. Podczas następnej obławy udało się panu Szabeli wyskoczyć z samochodu na drzewo w Poddębicach na zakręcie. Miał szczęście. Ale do czasu. Za piątym razem Niemcy zabrali naszego bohatera do więzienia. Został potraktowany jako więzień polityczny. Dlatego, że cztery razy uciekał. Siedział 3,5 miesiąca w 1944 r. w więzieniu na Radogoszczy w Łodzi. Dwa tygodnie przed wyzwoleniem został - 36 - wywieziony do Sikawy pod Łodzią, co uratowało mu życie. Rosjanie zdołali nas uwolnić, choć już były naszykowane beczki z benzyną i sikawki. Nie zdążyli nas spalić, a więźniowie na Radogoszczy zostali żywcem spaleni. Ludzie wyłamali kraty, wyskakiwali z okien. Niemcy do nich strzelali. O tym dowiedziałem się później. Moja późniejsza żona poszła na piechotę do Łodzi, żeby to zobaczyć i dać świadectwo prawdzie. Kiedy Rosjanie otworzyli bramy, pan Szabela był tak słaby, że żołnierze przywieźli go do Kucin w czołgu. Przyszło po niego dwóch braci i dwóch kolegów. Nieśli go na plecach do Krzemieniewa, bo był tak wycieńczony, że nie mógł iść. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Ewa Bugajna Czesław Szabela - legitymacja nr 30-82-78 MW Medal za udział w wojnie obronnej 1939 - 37 - Czesław Szabela Medal za udział w wojnie obronnej 1939 Czesław Szabela - legitymacja nr 918-71-227 Medal zwycięstwa i wolności 1945 r. - 38 - Czesław Szabela Medal zwycięstwa i wolności 1945 r. Czesław Szabela - legitymacja nr 7531 Związek Bojowników o Wolność i Demokrację - 39 - Czesław Szabela - legitymacja nr 0764560 Kombatant - Związek Bojowników o Wolność i Demokrację - 40 - - 41 - Teresa i Tadeusz Adamscy Teresa Adamska z domu Miłosz 1947 r. Tadeusz Adamski Warszawa 1942 r. Podczas wojny w Dalikowie mieścił się posterunek żandarmerii niemieckiej. Jej głównym szefem był Niemiec. Tutaj odbywały się przesłuchania ludności polskiej. Istnieje do dziś ów budynek przy ulicy Łódzkiej. Zaraz po wkroczeniu Niemców do Dalikowa w 1939 r. został zburzony pomnik powstańców styczniowych z 1863 r., który wystawiło społeczeństwo Dalikowa na pamiątkę jednej z największych bitew powstańczych. Niemcy kazali pootwierać wszystkie okna i zaminowali pomnik. Siła rażenia była tak wielka, że obelisk przeleciał ponad budynkiem ówczesnego Urzędu Gminy i we fragmentach leżał za budynkiem gospodarczym. Ludzie powysiedlani przez Niemców to głównie sklepikarze m.in. Adamscy, Kurczewscy i pan Cichy. Państwa Adamskich wywieziono do Łodzi na ul. Łąkową i ul. Żeligowskiego, a później do miejscowości Uchacze koło Maciejowic. Na gospodarstwie Marcelego Adamskiego osadzono Niemca Szmidke. Pan Tadeusz wspomina, że pozostawiono im 10 minut na spakowanie się, a on zabrał ze sobą organki i 20 marek. - 42 - W miejscowości Uchacze była szkoła podstawowa, uczono dzieci po polsku, ale świadectwa były dwujęzyczne. Kiedy można już było wrócić do domu, to rodzina zastała gospodarstwo zupełnie ograbione. Żona pana Tadeusza - Teresa przebywała przez okres wojny w Dalikowie. Mieszkała przy głównej ulicy w sąsiedztwie szkoły. Jej ojciec był szewcem i z tego tytułu czasem za dobrze wykonaną usługę otrzymywał coś z żywności poza kartkami dla dzieci. Pani Teresa opowiadała, że Niemcy okratowali okna na parterze miejscowej szkoły i tam więzili ludzi przed wywiezieniem. W Dalikowie działała zlewnia mleka, a zlewniarzem był pan Nowak – jak się okazało po wojnie z wykształcenia ksiądz. Gdy wojska radzieckie zbliżały się do Aleksandrowa, ktoś podpalił budynek żandarmerii, ale jej komendant zdążył w ostatniej chwili uciec z żoną. Na podstawie wspomnień świadków opracowała Serafina Domańska - 43 - Tadeusz Adamski – świadectwo dwujęzyczne z 1941 roku - 44 - Tadeusz Adamski – świadectwo dwujęzyczne z 1942 roku - 45 - Tadeusz Adamski – świadectwo dwujęzyczne z 1943 roku - 46 - Tadeusz Adamski – świadectwo dwujęzyczne z 1944 roku (strona 1) - 47 - Tadeusz Adamski – świadectwo dwujęzyczne z 1944 roku (strona 2) - 48 - z domu Kurczewska i Zenon Kurczewski Niemcy do Kucin wkroczyli już 7 września 1939 r. Wieś była świadkiem wielu smutnych wydarzeń. Wojsko polskie i okoliczni mieszkańcy próbowali powstrzymać oddziały niemieckie kierujące się na Łódź. W tym celu podpalili drewniany most na rzece Kucince, ale oddziały niemieckiego wojska pomaszerowały okrężną drogą przez Dąbrówkę Górną. Gospodarstwo państwa Kurczewskich było duże, dobrze wyposażone, chowano 10 krów i dużo świń. Nic dziwnego, że szybko znalazło amatora, był nim Niemiec Mile. Rodzina została wysiedlona 12 maja 1940 r. Niemcy przyszli w nocy, dali godzinę na spakowanie się, pozwolili zabrać ze sobą pierzynę i osobiste rzeczy. Kurczewscy zostali przewiezieni do Łodzi na ulice Łąkową, gdzie więziono ich przez tydzień, wydzielając głodowe racje żywnościowe. Później dokonano selekcji, w wyniku której rodzinę przewieziono do Tłuszcza za Warszawę. Pani Czesława wspomina, że aby przeżyć najmowali się do pracy w rolnictwie, kopali ziemniaki i wykonywali najprostsze prace rolne. Panował głód, żywność była rozdawana na kartki. Ciągle czuli się głodni, dostawali 20 dag czarnego chleba i litr mleka dziennie na dzieci. Latem było łatwiej, bo zbierano grzyby, jagody i maliny, - 49 - a także za 2 tygodnie kopania ziemniaków otrzymywali zapłatę i tzw. opałkę (koszyk) kartofli w nagrodę. Największy strach panował podczas bombardowań, wtedy stano w schronie w 15 osób. Po pięciu latach wysiedlenia państwo Kurczewscy wrócili do rodzinnego gospodarstwa w Kucinach. Pani Czesława z bratem Zenonem wróciła do Kucin już 31 stycznia 1945 r. – szli na pieszo. Widoki były straszne, ale im śpieszyło się do domu, nie zważali na mróz. Rodzice wrócili dopiero w maju. Na miejscu zastali Niemca z rodziną. Na pytanie, dlaczego nie uciekł, odpowiedział, że pilnował gospodarstwa przed szabrownikami. Mieszkał z prawowitymi właścicielami jeszcze pół roku, a później został zabrany do Puczniewa i stamtąd wyjechał do Niemiec. Pan Zenon podkreśla, że gospodarstwo było okradzione, ale ważne, że nikt z najbliższych nie zginął. Na podstawie wspomnień świadków opracowała Serafina Domańska - 50 - Władysław Jaskulski wspomina, że w jego rodzinnej wsi - Dąbrówka Górna przed wojną mieszkali zgodnie i Polacy i Niemcy. W czasie wojny miejscowi Niemcy byli dość ugodowi. Pan Władysław przeżył jako młody chłopiec dość nietypową przygodę. Podczas wojny obowiązkowo stróżowano każdej nocy do godz. 400 nad ranem. Nasz bohater pełnił służbę z synem miejscowego Niemca. Rano okazało się, że z gospodarstwa zginęła jedyna krowa – żywicielka. Natychmiast zameldowali o zajściu na posterunku żandarmerii w Dalikowie. Posterunkowy strasznie krzyczał na pana Władysława, chciał go bić, ale miejscowi Niemcy nie pozwolili tego zrobić. Sąsiadami byli dość wykształceni Niemcy, nazywali się Kruger. Mąż był pastorem i odprawiał msze w protestanckim kościele w Hucie Bardzyńskiej, natomiast jego żona była akuszerką. Pomagała również i polskim kobietom przy porodach. Posiadali rowery, które pożyczali młodemu Polakowi, żeby sobie pojeździł. Z rodziny pana Jaskulskiego zginął brat ojca. Służył w wojsku i zginął pod Sochaczewem. Zostawił żonę i dwóch synów. Ciotka, aby utrzymać rodzinę, pracowała u bogatych gospodarzy. Życie było ciężkie, żywność na kartki, a za zabicie świniaka Polacy byli - 51 - wywożeni do Łodzi na Radogoszcz i tam więzieni, bici, a nawet zamordowani i spaleni. Wojsko niemieckie maszerowało traktem od Kucin do Parzęczewa, częściowo na pieszo, czasami na motorach, ale szli spokojnie. Starsi mieszkańcy wspominali o nocnych wizytach oddziałów partyzanckich w naszej okolicy. Kiedy wybuchło powstanie warszawskie w 1944 roku, to 7 sierpnia pan Władysław został zabrany do kopania okopów. Przebywał na Kujawach do stycznia 1945 r. Znał język niemiecki, więc było mu łatwiej. Przypomina sobie jeszcze przepowiednie sąsiadki akuszerki, która na wieść, że z kościoła w Dalikowie Niemcy zabrali dzwony, powiedziała, że jeżeli Hitler pozwala podnosić rękę na kościół, to na pewno wojny nie wygra. Gdy zbliżali się Rosjanie, tutejsi Niemcy nie uciekali. Rosjanie szli drogą z Łodzi w kierunku Poddębic. Rodzice pana Jaskulskiego rozumieli po rosyjsku i nie pozwolili zrobić krzywdy sąsiadom. Po wojnie zabrano Niemcom gospodarstwa, a oni sami powyjeżdżali do Niemiec. Zostawili wszystko, wzięli tyle, ile mogli unieść. Później przyjeżdżali często na groby swoich przodków. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Serafina Domańska - 52 - Kiedy wybuchła II wojna światowa, Daniela Kędzia była młodą dziewczyną, ale dobrze zapamiętała owe straszne czasy. Swoje gospodarstwo w Idzikowicach rodzina Kędzia zdołała utrzymać do 1941 roku. Później zmarł ojciec i wtedy Niemcy kazali im opuścić gospodarstwo, a na nim osiedlili innego Polaka pana Janickiego. Rodzina zamieszkała początkowo w domu po panu Kustoszu, a później w gospodarstwie państwa Szczerbickich. Następnie Niemcy wysiedlili rodzinę do Łęczycy, a stamtąd do Łodzi na ul. Ogrodową. Był rok 1943. Po krótkim pobycie w Łodzi cała rodzina Kędzia: mama Stanisława, synowie: Stanisław, Czesław, Andrzej, Kazimierz i córka Daniela została skierowana do pracy w Niemczech. Nasza bohaterka wspomina sytuację, gdy Niemcy przychodzili do pociągu i wybierali ludzi jak zwierzęta na targu, szukali zdrowych i mocnych. Pani Daniela pracowała w gospodarstwie u niemieckiego bauera, który prowadził też dom starców. W lecie pracowali w polu. Zimą - bracia w oborach, mama obsługiwała starych i chorych ludzi. Najstarszy brat został wysłany przez bauera do kopania okopów, wrócił zimą 1944 r. na boso i chory, wychudzony i zawszony. - 53 - Pani Kędzia wspomina młodego niemieckiego chłopca, który był na praktyce u owego bauera. Bauer polecił mu na Polaków donosić. Ale on był dla nas dobry i nigdy nic złego nie powiedział, dlatego był bardzo surowo przez tego bauera traktowany, miał gorzej niż my Polacy. Gdy zakończyły się działania wojenne, rodzina była w lagrach, a później wróciła do Polski. Na początku zatrzymali się w Wólce u dziadków, a potem wrócili na swoje gospodarstwo, które było doszczętnie ograbione i zniszczone. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Serafina Domańska - 54 - Irena Michalska Kiedy rozpoczęła się wojna, Irena Michalska miała 7 lat. Przypomina sobie pewne fakty. Pamięta, że Niemcy wywieźli sołtysa Józefa Mikołajczyka (wrócił po wojnie) i pana Płoszyńskiego na roboty do Francji. Ojciec pani Ireny – Stanisław Miłosz został przesiedlony do mieszkania po panu Płoszyńskim. Cudem uniknął wywiezienia, bo był chory na astmę oskrzelową. Starszy brat Ireny - Jerzy Miłosz (wówczas 15-letni) został wywieziony do Poznania, a stamtąd zdołał przedostać się przez Niemcy do Szwajcarii. Długo nie dawał znaku życia i pan Miłosz popadł w depresję, bo myślał, że stracił ukochanego syna. Po zakończeniu wojny szukał go przez organizację Polski Czerwony Krzyż. Pan Jerzy wrócił chory i wychudzony. W czasie wojny pani Irena była małą dziewczynką, pasła krowę i pomagała, jak umiała, mamie, bo tata chorował. Jej siostra Zofia służyła u nauczyciela T. Janke – był on kierownikiem po panu Lewandowskim. Siostra nie narzekała na niemiecką rodzinę, byli dla niej dobrzy. Gdy miała się odbyć tzw. „czerwona noc” w Poddębicach, to owa Niemka wytłumaczyła siostrze, że ci wszyscy, którzy pójdą do Poddębic, zginą. Natomiast wszyscy mieszkańcy Dalikowa mieli się stawić w Poddębicach, bo - 55 - administrator niemiecki okłamał ich, że to będzie ucieczka przed frontem radzieckim. Ale wcześnie rano przyjechał do rodziców pani Michalskiej Niemiec Dregier (miał piekarnię) i uprzedził ich, żeby ukryli się w lasach i w żadnym wypadku do Poddębic nie jechali. Ojciec o tym fakcie szybko powiadomił mieszkańców Dalikowa. Niemcy pozostawili w Poddębicach benzynę i karabiny wcześniej przygotowane do egzekucji Polaków. Nauczyciel Janke wraz z rodziną uciekł przed armią radziecką. W domu Michalskich podczas wojny mieszkał pan Nowak – był zlewniarzem – ale (jak się okazało dopiero po wojnie) z wykształcenia księdzem. Był to bardzo mądry i przyjazny człowiek. Gdy po wkroczeniu wojsk radzieckich przedostał się z wojskiem do Poznania, pełnił tam posługę kapłańską. Po wojnie w torfie została znaleziona jego schowana stuła. Na początku wojny Niemcy wysiedlili rodzinę Zielińskich i zrobili z tego domu świetlicę dla młodzieży niemieckiej. Wyburzyli wszystkie ściany i organizowali tam zebrania oraz spotkania przy piwie. Przed oddziałami radzieckimi uciekał miejscowy Niemiec Szulc – zginął. Jego rodzina schowała się do miejscowego kościoła stamtąd zabrał ich do swojego domu Józef Mikołajczyk. W szkole stacjonowało wojsko polskie. Pani Irena wspomina, że z mamą piekła dla nich placki ziemniaczane. Przypomina sobie również, że po wkroczeniu wojsk mieszkańcy Dalikowa napadli na sklep Niemca Freira i zabrali wszystko, co w nim się znajdowało. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Serafina Domańska - 56 - Adam Szczerbicki Niemcy wkroczyli na teren Idzikowic w 1939 roku. Gospodarstwo rodziny Adama Szczerbickiego połączono z sąsiednim pana Grzelaka. Rodzina Szczerbickich miała zostać wywieziona do Niemiec, ale ojciec pana Adama - Szczepan Szczerbicki, nie zgodził się i uciekł. Został złapany. Żandarm Zaleski gnał go, jadąc na koniu, do żandarmerii w Budzynku. Stamtąd Niemcy wywieźli go do więzienia w Sieradzu, skąd już nie wrócił. Po wojnie szukano go przez PCK, ale ślad po nim zaginął. Kiedy Niemcy połączyli gospodarstwa (z polecenia komisarza Nadeckiego), to zabrali wszystko: bydło, konie, wóz, świnie. Szczerbiccy otrzymali jedynie małą działkę na kartofle. Utrzymywał ich wujek, który był blacharzem. Oni sami pracowali w gospodarstwie u Niemców. Żona pana Adama pochodziła z Psar, jej ojciec - Tadeusz Majchrzak, został skatowany przez żandarmów na posterunku w Budzynku, ponieważ odważył się zrobić dzieciom masło. Trzymali go tam przez tydzień i później, na szczęście, zwolnili do domu. Żona pana Adama wspominała śliczną Polkę, niejaką pannę L. z Psar, która służyła u niemieckiego żandarma w Budzynku. Wywiązał się między nimi płomienny romans, efektem którego była ciąża. Niemcy nie podarowali żandarmowi i rozstrzelali go, - 57 - a dziewczynę osadzono w ciężkim więzieniu w Łęczycy, gdzie zmarła. Byli również litościwi Niemcy. Jeden z nich - Klepka gospodarzył po panu Borowczyku. Kiedy Polacy kopali u niego ziemniaki, kazał im wziąć tyle, ile potrafią sami unieść, ale asekurował się, że gdyby złapali ich żandarmi, to on nic nie wie. Na początku 1945 roku w szkole w Domaniewku pozabijano wszystkie okna i Niemcy planowali tam zamordować wszystkich mężczyzn z okolicznych wsi, ale na szczęście nie zdążyli, bo wkroczyło polskie i radzieckie wojsko. Po zakończeniu wojny państwo Szczerbiccy odzyskali od sąsiada część swoich rzeczy. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Serafina Domańska - 58 - Wspomnieni i okolic z Wrzesień 1939 roku zapisał się w pamięci mieszkańców Domaniewa i okolic jako okres bólu, przerażenia i niepewności, co przyniesie nadchodzący dzień. Już sierpniu 1939 r. zewsząd nadchodziły niepokojące wiadomości o zbliżającej się wojnie. Adamina Prośniak wspomina, jak wieczorami jej rodzice wsłuchiwali się w płynące z radia informacje. Minister spraw zagranicznych Józef Beck w odpowiedzi na żądania Hitlera stwierdził: Nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da. Wojna wybuchła. Ruszyła mobilizacja. Jeszcze dziś pani Prośniak słyszy płacz i lament kobiet oraz dzieci, kiedy mężczyźni gotowali się do wojska. Szli walczyć z wrogiem - czy wrócą? Natalia Struś ze Stefanowa wspomina nazwiska mieszkańców Budzynka: Stasiu Łabędzki poszedł do wojska i zginął, Janek Walczak w momencie wybuchu wojny odbywał służbę wojskową - już nie wrócił… Ci mężczyźni, którzy pozostali w domach też przeżyli chwile grozy. Niemcy po wkroczeniu do Budzynka zabrali wszystkich chłopów ze wsi i pognali do parzęczewskich lasów. Tam postraszyli karabinami, a potem zaprowadzili do kościoła. Wypuścili ich dopiero po 3 dniach - głodnych i spragnionych. Najgorsze były pierwsze dni września. Samoloty niemieckie bombardowały bez przeszkód drogi, wsie, ludność cywilną. Od zachodu ciągnęli Niemcy. Przerażeni Polacy, prawdopodobnie spod Poznania, z tobołami, które stanowiły teraz cały ich dobytek, uciekali w kierunku Warszawy. Również mieszkańcy Domaniewa i okolic pakowali swój dorobek życia i ruszali na tułaczkę szukać bezpiecznego miejsca. Jednak najczęściej wracali po przejściu - 59 - kilkunastu kilometrów - bo właściwie dokąd mieli iść? Zewsząd słychać było strzały. Pod Gostkowem Polacy ostrzelali Niemców. Pani Struś do dziś nie może zapomnieć widoku trupów żołnierzy niemieckich, które leżały na odcinku drogi: Gostków - Łążki Powodów. Tymczasem wojska niemieckie parły do przodu na Łęczycę i Parzęczew. Ich siły rozciągały się na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Szły przez Domaniew, Domaniewek, Orzeszków, Brudnów, Psary, Stefanów. Henryk Struś ze Stefanowa pamięta ciągnące przez wieś wojska niemieckie. Pamięta zdziwienie swojego ojca, któremu oficer niemiecki pokazał mapę z asfaltową drogą biegnącą przez ich wioskę. W Stefanowie do dzisiaj nie ma drogi asfaltowej. Wojska nieprzyjacielskie zatrzymały się na kilka dni na ich posesji oraz posesji sąsiadów. Na szczęście nie wyrządziły większych szkód. Franciszek Pisera opowiada o zdarzeniach, jakie miały miejsce w Orzeszkowie i Domaniewku. W Orzeszkowie okopali się żołnierze polscy, którzy ostrzelali Niemców idących od strony zachodniej. W ogniu walk znalazł się dom państwa Kubiaków ośmioosobowej rodziny. Przypadek sprawił, że tego dnia przyjechał do nich, ubrany w mundur, leśniczy z Poddębic. Kiedy Kubiakowie usłyszeli strzały, wszyscy schowali się w domu. Po krótkiej wymianie ognia ujrzeli wycofujących się Polaków, a później Niemców zdążających w kierunku ich posesji. Pan Kubiak, widząc zbliżającego się wroga, kazał uciekać żonie i córce. Kobieta pobiegła z dzieckiem w pole i ukryła się w redlinach. Łzy spływały jej po policzkach, kiedy trzymając córkę w ramionach słyszała wystrzały z pistoletów. Wiedziała już wówczas, że tuli jedyne ocalałe dziecko. Straciła wtedy męża oraz czterech synów. Hitlerowcy bowiem na widok człowieka w mundurze, przekonani, że to on do nich strzelał, dokonali straszliwej zemsty. Zamordowali leśniczego oraz pięciu - 60 - mężczyzn z tego gospodarstwa. Na szczęście później okazało się, iż uszedł z życiem jeszcze jeden syn, którego akurat nie było w domu. Tymczasem Niemcy ruszyli dalej. We wsi Domaniewek padły kolejne strzały. Miało to miejsce w podwórzu państwa Piserów. Dwóch polskich żołnierzy, którzy prawdopodobnie odłączyli się od swojej brygady, próbowało toczyć samotną walkę. Niestety, jeden z nich został zabity strzałem w głowę, a drugi raniony. Rannego hitlerowcy zabrali ze sobą. Nikt z okolicznych mieszkańców nie wie, co się z nim stało. Zabitego żołnierza natomiast Piserowie pochowali tam, gdzie zginął - pod gruszą rosnącą w podwórzu, ponieważ było zbyt niebezpiecznie, by urządzać pogrzeb. Dopiero po miesiącu, kiedy nastąpił względny spokój, jego ciało przeniesiono na cmentarz w Domaniewie. Franciszek Pisera z Domaniewka wspomina jeszcze o innym żołnierzu, który samotnie walczył z wrogiem. Krył się za drzewami lub okopywał i raz po raz oddawał strzały. Udało mu się zabić kilku Niemców. Podobno chwalił się okolicznym mieszkańcom: Ale ich nakładałem! Potem ruszył w dalszą drogę. Nikt nie zna jego losów. We wrześniu 1939 roku zginęło tysiące ludzi - cywilów i żołnierzy. Niemal na każdym cmentarzu można znaleźć ofiary wojny. Tak jest również na cmentarzu w Domaniewie. Znajduje się tu grób żołnierza, który zginął w Domaniewku. Na tablicy czytamy: Franciszek Pieprzyk, lat 20 ochotnik z Jarocina żołnierz Podolskiej Brygady Kawalerii Armii Poznań Poległ w dniach 11-12 września 1939 roku - 61 - Pochowana tu została także rodzina Kubiaków. Na pomniku widnieje napis: Pamięć prochom Andrzeja, Jana, Feliksa, Władysława i Czesława Kubiakom poległym w 1939 roku śmiercią tragiczną Trudno zgodzić się z takim napisem. Rodzina Kubiaków nie zginęła tragicznie - została zamordowana przez Niemców. W 70 rocznicę wybuchu II wojny światowej nastąpiła wymiana tablicy, aby młodzi mieszkańcy Domaniewa i wszyscy, którzy odwiedzają cmentarz, wiedzieli, jak okrutny los spotkał tych ludzi, by następne pokolenia pamiętały o mordach dokonanych na Polakach przez III Rzeszę. Na podstawie wspomnień świadków opracowała Ilona Grabska Tablica upamiętniająca śmierć Franciszka Pieprzyka - 62 - Pomnik ś.p. Franciszka Pieprzyka znajdujący się na cmentarzy w Domaniewie Grób rodziny Kubiaków na cmentarzu w Domaniewie - 63 - terenu Gminy Dalików - 64 - ks. Józef Górecki Ksiądz Józef Górecki był proboszczem parafii w Domaniewie w latach 1933 -1941. Przybył do Domaniewa prawdopodobnie spod Piotrkowa Trybunalskiego. Parafianie cenili go za życzliwość, dobroć i gospodarność. Chętnie zapraszali go do siebie. Po wybuchu II wojny światowej ksiądz nadal pełnił posługę kapłańską. Tak było do owego nieszczęśliwego wieczora. 6 października 1941 roku niespodziewanie z wizytą do proboszcza przybył pewien Niemiec ze Stefanowa, który mieszkał w gospodarstwie rodziny Owczarków wysiedlonej przez okupantów. Ów Niemiec prześladował Polaków. Do księdza przyszedł, bo wiedział o mającym się odbyć aresztowaniu. Jego zadaniem było dopilnowanie, aby tego dnia proboszcz nigdzie nie wyszedł. Wieczorem o umówionej godzinie podjechał pod plebanię niemiecki samochód. Żandarmeria czy gestapo wyprowadziło księdza z plebanii i wepchnęło do samochodu. Samochód odjechał. Prawdopodobnie nikt nawet tego nie widział. Ksiądz Józef Górecki trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau. Zmarł 6 maja 1942 roku. Księgi parafialne podają, że został zagazowany. Na miejscowym cmentarzu nie odnajdziemy grobu wymienionego proboszcza, dlatego Wójt Gminy Dalików ufundował tablicę pamiątkową, by czas nie zatarł wspomnień o męczeńskiej śmierci księdza. Na podstawie wspomnień świadków opracowała Ilona Grabska - 65 - ks. Stefan Janiak Represje niemieckie wobec księży w okresie II wojny światowej ciężko dotknęły późniejszego proboszcza parafii pod wezwaniem św. Mateusza w Dalikowie – księdza Władysława Włodarczyka, a ówczesny proboszcz – ksiądz Stefan Janiak nie przeżył ich. Ksiądz Stefan Janiak był proboszczem parafii pod wezwaniem św. Mateusza w Dalikowie w latach 1936 – 1942. Stanisław Mikołajczyk nie może pamiętać księdza Janiaka. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał tylko dwa lata. Z opowieści matki wie, że otrzymał chrzest z jego rąk. Wspomina, że ksiądz Janiak został zabrany przez Niemców do obozu koncentracyjnego w Dachau. Z dokumentacji kościelnej wynika, że miało to miejsce 6 października 1941 roku. Początkowo ukrywał się u państwa Kuligowskich. O pobycie w Dachau opowiadał proboszcz Włodarczyk. Faktem jest, że Stefan Janiak zginął w obozie koncentracyjnym 6 maja 1942 roku, prawdopodobnie został otruty gazem, a jego ciało spalono. - 66 - Pan Stanisław wspomina, że ksiądz Janiak na wieść o wybuchu wojny zakopał z ówczesnym organistą – Modrzejewskim naczynia liturgiczne na terenie plebanii. Obawiał się Niemców i sam w tajemnicy przeniósł je w inne miejsce. Znalezione zostały przypadkowo po wojnie podczas wykonywania ogrodzenia w ogrodzie przy kościele. Ksiądz Janiak ufundował dla kościoła organy, które jeszcze dzisiaj podziwiać można na chórze. Na podstawie wspomnień świadków opracowała Ewa Bugajna Członkowie chóru parafialnego. Zdjęcie prawdopodobnie z 1938 r. W pierwszym rzędzie od lewej stoją: Henryk Kaczmarek, Stanisław Krzemiński, Jan Krajewski, Franciszek Jóźwiak, Leon [lub Tadeusz] Stefański, Feliks Walczak, Leon Walczak, Mieczysław Jurkowski. W drugim rzędzie od lewej siedzą: Leokadia Borkowska, [osoba nierozpoznana], ksiądz Stefan Janiak, organista Modrzejewski, Bronisława Rajewska, Zofia Walczak, [osoba nierozpoznana]. - 67 - Ksiądz Stefan Janiak [siedzi w środku] - 68 - Historię Władysława Włodarczyka Stanisław Mikołajczyk zna z jego własnych opowieści. Dokonywane były na księdzu eksperymenty medyczne, jakie rzadko który więzień był w stanie przeżyć. Lekarze niemieccy wszczepili mu m.in. malarię i sprawdzali jego odporność na tę chorobę. Długo po wojnie ksiądz odczuwał skutki nieludzkich zabiegów. Męczył go artretyzm. W czasie zimy miał duże trudności z chodzeniem. Ksiądz Władysław Włodarczyk był proboszczem parafii po wezwaniem św. Mateusza w Dalikowie w latach 1946 – 1971. Bardzo związał się z tutejszymi parafianami i na własne życzenie pochowany został na dalikowskim cmentarzu. Ksiądz wielokrotnie wspominał fakt, że parafię w Dalikowie polecił mu ksiądz Janiak, który obawiał się, że nie przeżyje pobytu w obozie. Proboszcz Włodarczyk wiele uczynił dla naszej parafii. Pan Mikołajczyk wspomina, że ksiądz całą swoją rekompensatę pieniężną za krzywdy wyrządzone przez naród niemiecki przeznaczył na budowę plebani przy kościele w Dalikowie. Miało to miejsce w 1964 r. Jego staraniem wyremontowana została kaplica pod wezwaniem św. Rocha na cmentarzu, która po wojnie była ruiną. Również dach na kościele św. Mateusza został położony jego staraniem i kupiony za dolary – jak wspomina Stanisław Mikołajczyk. W 1971 r. bardzo już schorowany ksiądz Włodarczyk opuścił parafię w Dalikowie i udał się do Łodzi, gdzie był rezydentem w parafii pod wezwaniem św. Zbawiciela przy Alei Włókniarzy. Na podstawie wspomnień świadków opracowała Ewa Bugajna - 69 - 1929 – 1954 Kochanemu Ks. Proboszczowi Władysławowi Włodarczykowi dalszych owocnych lat pracy na Niwie Chrystusowej w 25 rocznicę Kapłaństwa Parafianie Dalików 1954 r. Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej W środku ksiądz Władysław Włodarczyk - 70 - Na pierwszym planie ksiądz Władysław Włodarczyk i organista Jacek Prośniak. W tle kaplica pod wezwaniem św. Rocha na cmentarzu w Dalikowie. Pielgrzymka do Częstochowy - 71 - Ksiądz Władysław Włodarczyk w otoczeniu ministrantów - 72 - Historia lotniska Kuciny - 73 - Lotnicy polegli podczas stacjonowania X Dywizjonu Bombowego na lotnisku Kuciny Jednostką lotniczą, która stacjonowała we wrześniu 1939 r. na terenie obecnego powiatu poddębickiego był dwueskadrowy X Dywizjon Bombowy. W dniach 3 - 5 września 1939 r. przebywał on na lotnisku polowym w Kucinach pod Poddębicami. Z lotników, którzy wystartowali do lotów bojowych w dniach 4 i 5 września1939 r., poległo dwunastu (dwóch z 11 Eskadry Bombowej i dziesięciu z 12 Eskadry Bombowej). Stacjonując na lotnisku w Kucinach - Dzierżanów X Dywizjon Bombowy stracił osiem samolotów PZL P-37B ,,Łoś". Rozbity „Łoś” Szkolenie załóg na nowych samolotach bombowych PZL P-37,,Łoś'' rozpoczęto dopiero w październiku 1938 r. Był to nowoczesny samolot - dwusilnikowy średni bombowiec o konstrukcji całkowitej metalowej z czteroosobową załogą: dowódca obserwator - bombardier, pełniący również funkcję przedniego strzelca, pilot, - 74 - strzelec samolotowy - radiotelegrafista (stanowisko dolne) i strzelec samolotowy (stanowisko górne). Samolot należał w tym czasie do konstrukcji awangardowych i zaliczany był do czołówki światowej w swojej klasie. Uzbrojenie defensywne stanowiły trzy ruchome pojedyncze karabiny maszynowe typu PWU wz. 3 ,,Szczeniak" kalibru 7,92 na stanowiskach strzeleckich: przednim, tylnym i dolnym. Uzbrojenie ofensywne stanowił wyrzutnik bomb, który pozwalał na umieszczenie: dwóch bomb po 300 kg i 18 po 100 kg. Prędkość maksymalna samolotu wynosiła ponad 400 km/h. Oprócz formowania i wyposażenia dywizjonów w nowy sprzęt, na przełomie 1937/38 r. przystąpiono do rozbudowy zaplecza lotnictwa bombowego, które do tej pory praktycznie nie istniało. Wydzielono bazy lotnicze oraz opracowano plan zaopatrzenia i pomocy technicznej dla jednostek stacjonujących na lotniskach polowych. Do wybuchu wojny przygotowano 24 tajne lotniska operacyjne, w tym lotnisko w Kucinach. 1 września 1939 r. X Dywizjon Bombowy stacjonował na lotnisku Ułęż. W pierwszych dniach wojny nie użyto do działań bojowych dywizjonów wyposażonych w ,,Łosie", czekały w obwodzie na rozkaz Naczelnego Dowództwa. Dopiero w wyniku próśb dowódcy Armii ,,Łódź" gen. Juliusza Rómmla Naczelne Dowództwo Lotnictwa nakazało bombardowanie w dniu 4 września 1939 r. siłami Brygady Bombowej niemieckiego XVI Korpusu Pancernego na obszarze Radomsko - Kamieńsk. Ostatecznie część sił brygady użyto na kierunku Wieluń. To zadanie otrzymał X Dywizjon Bombowy, z rozkazem do przebazowania na polowe lotnisko Kuciny. W niedzielę 3 września 1939 r. wczesnym rankiem na polowe lotnisko Kuciny - Dzierżanów (kryptonim - ,,Pszenica'') przybył dowodzony przez ppłk. pil. Józef Werakso X Dywizjon Bombowy kryptonim ,,Sęp" w składzie: 11 (211) Eskadra Bombowa, - 75 - kryptonim - ,,Skowronek", dowódca kpt. pil. Franciszek Omylak dziewięć ,,Łosi", jeden „Fokker”, 12 (212) Eskadra Bombowa, kryptonim - ,,Wróbel'', dowódca kpt. pil. Stanisław Taras - Wołkowiński - osiem ,,Łosi", jeden „Fokker”. Fokker 3m Lotnisko porośnięte było wybujałym łopianem, posiadało grząskie i miejscami podmokłe podłoże. Było mało przydatne dla ,,Łosi", które mogły zabierać tylko 8 bomb po 100 kg (PZL P-37 B ,,Łoś'' mógł zabrać ładunek bomb o masie do 2595 kg i przewidziany do użycia na stałych lotniskach). W pobliżu tego lotniska znajdował się niewielki las, miejsce ukrycia samolotów i sprzętu X dywizjonu. Personel techniczny ulokował się w pobliskim majątku Dzierżanów. Oprócz złych warunków terenowych bardzo istotną wadą lokalizacji lotniska było położenie wśród nieprzychylnej polskim lotnikom ludności niemieckiej zamieszkującej sąsiednie wsie. Lotnikom wysłanym z plutonu zaopatrzenia niemieccy koloniści odmówili nawet sprzedania produktów żywnościowych. Dwa „Fokkery” przywiozły sprzęt i mechaników. Dywizjon otrzymał rozkaz rozpoznania rejonu Radomsko - Częstochowa, który wykonała załoga z 11 Eskadry w składzie: por. obs. Zdzisław - 76 - Górniak, plut. pil. Roman Bonkowski, kpr. strz. Józef Puchała, kpr. strz. Aleksander Zajdler. W rejonie Kłobucka dostrzegli długą zmotoryzowaną kolumnę nieprzyjacielską przemieszczającą się z czołgami. Por. Górniak po naniesieniu rozpoznawczych celów i kierunku marszu niemieckich oddziałów dał rozkaz powrotu. Samolot wylądował bezpiecznie. Wszyscy oczekiwali rozkazu bombardowania. Samolot por. Górniaka przygotowano pośpiesznie do ponownego lotu. Po przeszło godzinie kpt. obs. Marian Dydziul oficer operacyjny X dywizjonu, poinformował na krótkiej odprawie, że rozkaz pogotowia startowego odwołano. W poniedziałek 4 września 1939 r. od rana rozpoczęły się działania bojowe, zadaniem dywizjonu było bombardowanie niemieckiego XVI Korpusu Pancernego. Był to dzień największego wysiłku bojowego ,,Łosi" w czasie kampanii wrześniowej. Wczesnym rankiem po odprawie wystartowała załoga w składzie: por. obs. Zdzisław Górniak, pil. plut. Roman Bonkowski, kpr. strz. rtg. Józef Puchała, kpr. strz. Aleksander Zejdler z 11 Eskadry na ,,Łosiu" 72.18 zabierając 4 bomby 100 kg. Załoga przeprowadziła rozpoznanie w rejonie Wielunia, następnie zbombardowała i ostrzelała z broni pokładowej niemiecką kolumnę pancerną. Samolot silnie ostrzelany z ziemi został ciężko uszkodzony. Maszynę zaatakowały nadlatujące trzy „Messerschmitty Bf109”, tylny strzelec zestrzelił jednego z nich, który dymiąc zwalił się na ziemię. Pozostałe dwa odstąpiły od ataku, jednak uszkodzony ,,Łoś" musiał lądować na polu. W walce zginął kpr. strz. rtg. Józef Puchała, ciężko ranny por. obs. Zdzisław Górniak zmarł, zwłoki lotników przewieziono do majątku Gieczno gmina Rogoźno. Uratowali się pil. plut. Roman Bonkowski i kpr. strz. Aleksander Zajdler. Na rozpoznanie rejonu Radomsko - Częstochowa poleciała załoga w składzie: por. obs. Franciszek Jakubowski, por. pil. Wacław Butkiewicz, kpr. strz. Andrzej Reiss, kpr. strz. Tadeusz Szczepański. Rejon Kalisza rozpoznała załoga w składzie: por. obs. - 77 - Tadeusz Dymek, plut. pil. Franciszek Zaręmba, kpr. strz. Tadeusz Egierski i kpr. strz. Władysław Graczyk. Po analizie meldunków dywizjon rozpoczął starty na wyprawę bombową. Poprowadził ją kpt. obs. Franciszek Omylak. Starty maszyn następowały kluczami co 20 minut, by przedłużyć nękanie nieprzyjaciela i utrudnić mu posuwanie się naprzód. Celem były niemieckie kolumny pancerne posuwających się z Wielunia na Szczerców i z Wielunia na Widawę. W pierwszej fazie udział wzięło osiem samolotów z 11 Eskadry. Po dwóch godzinach na bombardowanie tego samego celu wystartowało sześć ,,Łosi" z 12 Eskadry. Bombardowania były celne i skuteczne. Samoloty po bombardowaniu, lecąc na niskim pułapie, atakowały niemieckie kolumny pancerne z broni pokładowej. Było to działanie brawurowe, nierozważne i nieopłacalne - samoloty tak atakując doznawały dużych uszkodzeń od intensywnego ognia obrony i wymagały później dużych napraw. Takich wyczynów zabraniał również regulamin. Po wykonaniu zadania pierwszy klucz powrócił na lotnisko bez strat. Załoga kpt. obs. Jana Balińskiego po uzupełnieniu paliwa i ładunku bomb wystartowała, by zniszczyć odbudowany przez Niemców most na Warcie pod Rychłocicami. Zadanie wykonano, zniszczono most wraz z przejeżdżającą przez niego kolumną samochodową. W drodze powrotnej drugi klucz 12 Eskadry, który bombardował niemieckie kolumny pancerne na trasie Radomsko – Kamieńsk, został zaatakowany przez osiem „Meserschmittów Bf109D” z 1/ZG2 nad wsią Ślazkowice koło Pabianic. Prowadzący ,,Łoś'' 72.43 atakowany przez trzy „Messerschmitty” stanął w płomieniach i rozbił się koło Dłutowa. Zginęła cała załoga por. obs. Żukowskiego, sierż. pil. Józef Siwik, kpr. Władysław Kramarczyk, kpr. Aleksander Stempowski. Drugi „Łoś 72.16” również spłonął, - 78 - uratowali się skacząc ze spadochronem kpr. Danielak i kpr. strz. Konstanty Gołębiowski. Załoga zestrzeliła jednego „Messerschmitta Bf109”. Ppor. pil. Mazak i ppor. obs. Kazimierz Dzik pozostali w płonącej maszynie lądując bez podwozia na las. Poparzonych lotników z samolotu wyciągnęła straż leśna. Następnie odwieziono ich do szpitala w Pabianicach. Trzeci lecący w tyle „Łoś 72.91” podzielił los poprzedników. Z załogi uratował się tylko kpr. pil. Kazimierz Kaczmarek, który skoczył ze spadochronem, niestety, dostał się do niewoli niemieckiej. Polegli por. obs. Mieczysław Bykowski, kpr. Marian Gargol, kpr. Lucjan Zimmerman. Po południu załoga por. obs. Tadeusza Dymka z 12 Eskadry wykonała lot rozpoznawczy na trasie Bełchatów – Kamieńsk – Radomsko – Gidle – Włoszczowa – Łopuszno – Kielce – Końskie – Przedbórz – Radomsko, a por. obs. Jakubowskiego, która dopiero wróciła z bombardowania i zrobiła rozpoznanie na bliskim zapleczu frontu. O 1400 bombowce por. obs. Dymka i por. obs. Lekszyckiego wystartowały na zadanie bojowe. Już o 1415 lotnisko Kuciny - Dzierżanów zostało wykryte przez Niemców i było bombardowane przez He111H z 2 Sttaffel, I./k 53. Zniszczony został skład paliwa i bomb. Czarny słup ognia zawisł nad lotniskiem. Płomienie ogarnęły lasek, w którym ukryty był sprzęt pomocniczy i samoloty. Ugaszono pożar i zajęto się rannymi. Ciężko ranny kpt. pil. Stanisław Taras - Wołkowiński został odwieziony do szpitala w Łodzi. Oprócz niego rannych zostało kilku lotników z kompanii obsługi. Dowództwo 12 Eskadry objął kpt. obs. Jan Baliński. Wybuchająca do wieczora amunicja zwiększyła zamieszanie i obniżyła morale obsługi. Udało się ugasić pożar lasu i zebrać sześć niekompletnych załóg 11 Eskadry (12 Eskadry nie było wtedy na lotnisku). Ppłk. Werakso rozkazał przelecieć na lotnisko Drwalew koło Grójca. W drodze na nowe lotnisko cztery załogi dostały zadanie bombardowania tych samych celów co rankiem. Dwie pozostałe zaatakowały pozycje karabinów - 79 - maszynowych we wsi Trupianka koło lotniska Kuciny - Dzierżanów, z której ostrzeliwano startujące ,,Łosie''. Z trzech załóg 12 Eskadry wykonujących zadania bojowe w czasie, gdy bombardowano Kuciny, powróciły dwie: por. Tadusza Dymka i por. Franciszka Jakubowskiego. Bombowiec trzeci nr fabr. 72.111 uszkodzony przez ogień obrony przeciwlotniczej oraz zaatakowany przez dwa „Messerschmitty Bf109” w rejonie Pabianic, zapalił się w powietrzu. Kpr. Władysław Wojdat został zabity w walce, por. obs. Jan Kazimierz Lekszycki wyskoczył ze spadochronem zbyt nisko i poniósł śmierć na miejscu. Ranny ppor. pil. Michał Ostrowski wraz z również rannym ostrzeliwującym się myśliwcami kpr. strz. Stanisławem Wrzeszczem, zdołał wylądować bez podwozia koło wsi Wygiezów. Obu lotników z płonącego samolotu wyciągnęła miejscowa ludność i przetransportowała do szpitala. O godzinie 1600 lotnisko Kuciny - Dzierżanów zostało zbombardowane ponownie przez 9 He111H z 2./KG 53. Zniszczone zostały dwa ,,Łosie" z 12 Eskadry, P-37B 72.40,72.41, ranny został kpr. pil. Jan Liszewski z 11 Eskadry. Na lotnisku Kuciny - Dzierżanów na noc pozostały tylko trzy ,,Łosie": dwa z 12 Eskadry, jeden z nich miał przestrzeloną ramę silnika i nie nadawał się do lotów bojowych, drugi nowo przybyły jako uzupełnienie P-37A 72.12 i jeden z 11 Eskadry, który wymagał naprawy. Części do napraw dostarczył wieczorem z lotniska Ułęż transportowy „Fokker”. W pierwszym dniu intensywnego działania wszystkimi samolotami X Dywizjon Bombowy wykonał 26 lotów bojowych (piętnaście 11 Eskadra i jedenaście 12 Eskadra), w tym trzy na rozpoznanie, zrzucając ok. 21,5 tony bomb. Stracono bezpowrotnie siedem ,,Łosi'' (jeden z 11 Eskadry i sześć z 12 Eskadry), z czego pięć zestrzeliły myśliwce. Polscy lotnicy w walkach powietrznych zniszczyli dwa „Messerschmitty Bf109”. - 80 - W nocy niemieccy dywersanci ostrzelali z broni maszynowej lotnisko i kwatery personelu zmuszając lotników do okopania się i ciągłego czuwania. Agenci ,,V kolumny" prawdopodobnie przesyłali też meldunki radiowe o stacjonowaniu na ich terenie dywizjonu polskiego. W nocy przygotowano pozostałe samoloty do odlotu z niefortunnie wybranego lotniska. 5 września 1939 r. X Dywizjon Bombowy na lotnisku Kuciny Dzierżanów posiadał: 11 Eskadra Bombowa - jeden ,,Łoś", 12 Eskadra Bombowa - dwa ,,Łosie" i jeden „Fokker”. O godz. 500 samoloty rozpoczęły starty pojedynczo. Jeden z ,,Łosi" P-37A 72.12, pilotowany przez or. Ignacego Szponarowicza musiał zawrócić z braku paliwa, ponieważ w ferworze walki z dywersantami i pośpiechu zapomniano go zatankować. Podczas lądowania został uszkodzony. Był już niezdolny do ponownego lotu. W tym czasie pojawił się rozpoznawczy Do17 i prawdopodobnie jego meldunki radiowe sprowadziły w ten obszar „Messerschmitty Bf110” z I./ZG 76 2. Sttaffel dowodzonej przez olt. Wolfganga Falcka. O godz. 509 wystartował „Fokker f-VII(B) 3m” z załogą: kpt. obs. Jan Baliński, plut. pil. Julian Pieniążek, kpr. mech. Stefan Gadomski, kpr. mech. Bolesław Szczepański z zadaniem przelotu na lotnisko Ułęż. W chwili ich startu lotnisko zostało zaatakowane przez dziesięć „Messerschmittów Bf110”, z których trzy podjęły pościg za startującym samolotem ,,Fokker". Do bezbronnego „Fokkera” strzelali wszyscy niemieccy piloci. Samolot został uszkodzony i przewrócił się na plecy, mimo to pilotowi udało się sprowadzić go na ziemię niedaleko wsi Puczniew. Lotnicy wyczołgali się z rozbitego i nadal ostrzeliwanego „Fokkera”. Po odlocie „Messerschmittów” wyciągnęli ciężko rannego kpt. obs. Jana Balińskiego, dowódcę 12 Eskadry Bombowej, który zmarł w drodze - 81 - do szpitala w Łodzi. Lekko ranny został pilot plut. Julian Pieniążek i kpr. mech. Bolesław Szczepański. Myśliwce niemieckie poleciały następnie nad Kuciny, gdzie zniszczyły uszkodzonego niezdolnego do odlotu ,,Łosia" ppor. Ignacego Szponarowicza z 11 Eskadry oraz ostrzelały wcześniej zniszczone przez bombowce samoloty. Ewakuację pozostałego personelu X Dywizjonu zakończono po południu. Opracowała: Serafina Domańska Bibliografia: 1. Jerzy Pawlak, Polskie eskadry w wojnie obronnej wrzesień 1939. Wydawnictwo Komunikacji i Łączności. Warszawa 2. Jerzy B. Cynk, Siły lotnicze Polski i Niemiec, wrzesień 1939. Wyd. WKŁ, Warszawa 1989 3. Ciślak Krzysztof, Gawrych Wojciech, Glass Andrzej, Samoloty myśliwskie, wrzesień 1939. Wyd. Sigma – Not. Warszawa 1987 - 82 - Lotnicy z 11 Eskadry Członkowie załogi samolotu PZL P-37B „Łoś” nr 72.18 zestrzelonego nad wsią Gieczno por. obs. Zdzisław Bolesław Górniak, (10.11.1912 - 04.09.1939) Absolwent Szkoły Podchorążych Piechoty w Różanie, ochotniczo zgłosił się do lotnictwa i ukończył kurs obserwatorów w CWL-1 w Dęblinie Po ukończeniu szkoły został przydzielony do 1 Pułku Lotniczego Warszawie. 15.03.1938 r. awansowany na porucznika. Zestrzelony na samolocie „Łoś”, pochowany na cmentarzu w Giecznie. Po wojnie ekshumowany na cmentarz wojenny w Łęczycy grób nr 317. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Walecznych kpr. strz. rtg. Józef Puchała, (10.02.1918 - 04.09.1939), urodził się w Wadowicach. Absolwent Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy, którą ukończył w 1937 r. jako radiotelegrafista, został przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie, 11 Eskadra bombowa. Zestrzelony na samolocie „Łoś”, pochowany na cmentarzu w Giecznie. Po wojnie ekshumowany na cmentarz wojenny w Łęczycy grób nr 316. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Walecznych - 83 - Lotnicy z 12 Eskadry Członkowie załogi samolotu PZL P-37B „Łoś” nr 72.16 zestrzelonego nad wsią Ślazkowice, pochowani we wspólnej mogile na cmentarzu w Dłutowie pod Pabianicami por. obs. Kazimierz Witold Żukowski, (08.11.1905 - 04.09.1939) Urodził się w Arynowie, woj. Warszawskie, syn Konstantego i Gabrieli z domu Zawadzka. Absolwent SPL w Dęblinie (8 promocja), mianowany podporucznikiem 15.08.1934 r. Instruktor w SPLdM. Przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. 15.08.1937 r. awansowany na porucznika. W 1939 r. dowódca klucza (plutonu) i obserwator PZL P-37B „Łoś”, 12 eskadry bombowej. sierż. pil. Józef Siwik, (14.04.1907 04.09.1939), urodził się w Sławcach koło Łomży. Absolwent Podoficerskiej Szkoły Pilotów w Bydgoszczy, przydzielony w 1932 do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. W 1939 r. pilot PZL P-37B „Łoś”,12 eskadry bombowej. - 84 - kpr. strz. rtg. Władysław Dominik Kramarczyk, (23.09.1917 - 04.09.1939) Urodził się w Jaworznie, Absolwent Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy, przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. W 1939 r. strzelec pokładowy PZL P-37B „Łoś”, 12 eskadry bombowej. kpr. strz. rtg. Aleksander Stepnowski, (23.04.1918 - 04.09.1939) Urodził się w Rząśniku koło Ostrowi Mazowieckiej. Ukończył Szkołę Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy w 1938 r. jako radiotelegrafista. W 1939 r. został przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. W 1939 r. strzelec radiotelegrafista PZL P-37B „Łoś”, 12 eskadry bombowej. - 85 - Członkowie załogi samolotu PZL P-37B „Łóś” nr 72.43 zestrzelonego nad wsią Drużbice. Pochowani na cmentarzu w Drużbicach koło Piotrkowa Trybunalskiego por. obs. Mieczysław Bykowski, (07.12.1914 - 04.09.1939), Urodził się w Tuszynie koło Łodzi. Absolwent Szkoły Podchorążych Piechoty, mianowany ppor. 15.10.1936 r. i skierowany do 31pp. Ochotniczo zgłosił się do lotnictwa i ukończył kurs obserwatorów w CWL-1 w Dęblinie. W 1938 r. przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. W 1939 r. 12 eskadra bombowa. kpr. strz. rtg. Marian Gargol, (1918 04.09.1939) Absolwent Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. W 1939 r. 12 eskadra bombowa. - 86 - kpr. strz. – rtg. Lucjan Zimmerman, (03.04.1919 - 04.09.1939). Urodził się w Ciechocinku. Absolwent Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy, którą ukończył w 1938 r. jako radiotelegrafista przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. W 1939 roku 12 eskadra bombowa. Członkowie załogi samolotu PZL P-37B „Łoś” nr 72.111 zestrzelonego nad wsią Wygiełzów i pochowani na miejscowym cmentarzu parafialnym por. obs. Jan Kazimierz Lekszycki, ( 19.01.1911 04.09.1939). Urodzony w Dęblinie. Absolwent Szkoły Podchorążych Piechoty w Różanie, ochotniczo zgłosił się do lotnictwa i ukończył kurs obserwatorów w CWL-1 w Dęblinie. Został przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. Awansowany na por. 15.03.1938 r. W 1939 r. 12 eskadra bombowa. kpr. strz. Władysław Wojdat, (03.04.1915 04.09.1939) Urodzony w Rokitni Starej koło Dęblina. Podoficer zawodowy 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. - 87 - Zestrzelony zaraz po starcie z lotniska Kuciny na samolocie Fokker F-VIIB 3m kpt. obs. Jan Baliński (06.08.1909 05.09.1939). Absolwent Oficerskiej Szkoły Piechoty, ukończył kurs obserwatorów w CWOL w Dęblinie i został przydzielony do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. Od 03.09.1939 r. dowodził 12 (212) eskadrą bombową. Zmarł w wyniku odniesionych ran i został pochowany we wspólnym grobie na Cmentarzu Wojskowym Łódź - Doły. Odznaczony pośmiertnie Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari Nr. 12047 - 88 - Wspomnienia Adama Lefika - 89 - Kiedy wybuchła II wojna światowa, Adam Lefik miał 16 lat. Mieszkał w Wilczycy. Wiosną 1942 r. jego rodzina została wysiedlona przez Niemców. Ojca i matkę wywieziono do Francji na roboty. Pan Adam i jego najstarszy brat pracowali u Niemca Adolfa Bacha, tego samego który zamieszkał w ich gospodarstwie, od 1942 r. do wyzwolenia w 1945 r. Siostrę pana Adama Niemcy zabrali na roboty do Leszna do gospodarstwa rolnego Bauershaft. Młodszy brat pracował u Niemca w Wilkowie. Pan Adam wspomina łapankę, przed którą uchronił pół wsi. Udało mu się uciec ze starej szopy, w której zamknęli go Niemcy, do lasu, gdzie było wielu uciekinierów. Ostrzegł wszystkich przed groźbą łapanki. Niestety, wtedy właśnie wysiedlono jego rodziców do Francji. Pan Adam pracował w polu. Do jedzenia dostawał ziemniaki i barszcz. Wspomina, jak Niemcy traktowali Polaków: „W Fułkach powstała niemiecka żandarmeria. Polak, który się Niemcowi nie ukłonił, był bity. Ja też dostałem, że nie ukłoniłem się Niemcowi, dostałem w głowę i uciekłem”. Niemiec, u którego pracował pan Adam, został zabrany razem z synami do wojska. Adam Lefik był świadkiem zbombardowania lotniska Kuciny – Dzierżanów. Oto jak zapamiętał tamte wydarzenia: Pierwszy nalot na to lotnisko był 4 września 1939 r. Nasze samoloty nazywały się „Łoś”. Przed wojna wyprodukowano ich ok. 100 sztuk tych „Łosi”, polskich bombowców. Nawet dosyć udana wersja to była i te „Łosie” na tym lotnisku stacjonowały. Lotnisko krótko przed wojną było zbudowane, na pewno był wyrównany teren, trochę zabudowany. Obsadzili to lotnisko tymi samolotami (było ich chyba tylko 10 sztuk). 4 września 1939 r. na skutek działalności tamtejszego właściciela majątku w Sarnowie lotnisko zostało zbombardowane. On się nazywał Stegman. To lotnisko Kuciny się nazywało. KucinyDzierżanów. Więc ten Stegman podał Niemcom, chyba droga - 90 - radiową, że tu jest to lotnisko, z samolotami. 4 września, rano, lecą niemieckie bombowce nad nami. Odezwały się polskie działa, zaczęli strzelać do nich, ale Niemcy byli wyżej, zlecieli na dół i strzelali do tych polskich samolotów. Dwa czy trzy samoloty się oderwały, jednego zestrzelili nad Sarnówkiem, drugiego nad Wartą, a trzeciego gdzieś tu. Niemieckie samoloty miały osłonę myśliwską, jak polski się pokazał, zaraz myśliwce się rzuciły na niego i zestrzeliły. Polska artyleria nie dosięgała do niemieckich samolotów. Gdzieś po czterech czy pięciu dniach ja z chłopakami poszliśmy zobaczyć, co tam się dzieje. To dwa samoloty spaliły się, został tylko ogon i początek silnika. Jeden samolot oderwał się do góry i spadł. Wbił się kołami w ziemię, ale się nie zapalił i tam jeszcze były beczki, amunicja. Widzieliśmy, co Niemcy zniszczyli. Lotnisko nie zostało wykorzystane do celów wojskowych po wyzwoleniu. Zajęła je spółdzielnia produkcyjna. Nazywała się: Spółdzielnia Produkcyjna Madaje. Lotnisko zostało wykorzystane jako pole uprawne. Na podstawie wspomnień świadka opracowała Ewa Bugajna - 91 - Aleksego Matczaka - 92 - - 93 - - 94 - - 95 - 1. Przedmowa ............................................................................................ 7 2. Wstęp ..................................................................................................... 8 3. Wspomnienia uczestników kampanii wrześniowej 1939 r. Kazimierz Kopczyński.................................................................... 12 Zygmunt Kuźniak ........................................................................... 18 Władysław Sylwestrzak ................................................................. 26 Czesław Szabela ........................................................................... 34 4. Relacje świadków historii Teresa i Tadeusz Adamscy ........................................................... 42 Czesława Janiak z domu Kurczewska i Zenon Kurczewski .......... 49 Władysław Jaskulski ...................................................................... 51 Daniela Kędzia .............................................................................. 53 Irena Michalska ............................................................................. 55 Adam Szczerbicki .......................................................................... 57 Wspomnienia mieszkańców Domaniewa i okolic z września 1939 r. ......................................................................... 59 5. Tragiczne losy księży z terenu Gminy Dalików ks. Józef Górecki ........................................................................ 65 ks. Stefan Janiak ......................................................................... 66 ks. Władysław Włodarczyk .......................................................... 69 6. Historia lotniska Kuciny – Dzierżanów ................................................. 73 7. Wspomnienia Adama Lefika ................................................................ 89 8. II wojna światowa w malarstwie Aleksego Matczaka .......................... 92 - 96 -